Sprzęt narciarski – freeski, skituring, telemark

Coraz mniej narciarzy chce mieć narty i ubranie wzorowane na tym, co można zobaczyć w Pucharze Świata, coraz więcej – ponieważ widzieli takie u narciarza, skaczącego i robiącego salto lub też szusującego po dziewiczym śniegu w eksponowanym żlebie, którego widzieli w filmie czy w czasopiśmie. Ze zwyczajowym opóźnieniem te trendy docierają także do Polski. Rewolucja jest tuż za progiem…
Wind of change
Obecna zima wydaje się pewnym potwierdzeniem tendencji dla rynku sportów zimowych a zwłaszcza narciarskiego. Zaznaczamy, że chodzi nam o Polskę, bo na świecie owo “potwierdzenie” miało miejsce już dawno, dawno temu. Mamy na myśli tzw. alternatywę do narciarstwa zjazdowego, przywyciągowego, jakiego wizja nasuwa się w pierwszej kolejności statystycznemu narciarzowi, którego zwykle spotykamy na polskich stokach.
Freeski, skialpinizm, telemark…. słowa, które wciąż wywołują lekki uśmiech politowania u biznesowych przedstawicieli w branży w Polsce. Na Zachodzie to są słowa-klucze, które począwszy od 2000 roku zrewolucjonizowały dotychczasową wizję tego, co się dzieje w narciarstwie, zarówno od strony ideologii (czyli samych narciarzy), jak i od strony producentów czy biznesu. Jeśli firma narciarska – niezależnie od tego, czy produkuje ubrania, czy hardware – chce nadal “żyć”, musi trzymać rękę na pulsie trendów. Nie może sobie pozwolić na przespanie ważnego momentu…
Czy wszyscy chcemy tego, czy nie, trendy uważane do niedawna za niszowe i alternatywne – skitur, freeride, telemark – przejęły pałeczkę pierwszeństwa w całej branży. Coraz mniej narciarzy chce mieć narty wzorowane na deskach, na jakich jeżdżą gwiazdy Pucharu Świata. W zasadzie można powiedzieć, że moda na jazdę w obcisłych ubrankach (“gumach”), na wąskich krótkich nartach z potężną płytą powoli mija… Nie narazimy się na śmieszność, wysuwając tezę, że Bode Miller czy Hermann Maier są w coraz mniejszym stopniu idolami młodszych narciarzy (czyli tych poniżej 40 lat:).
Coraz więcej osób chce takie, a nie inne narty, dobiera takie, a nie inne ubrania, ponieważ widzieli takie u narciarza, skaczącego i robiącego salto lub też szusującego po dziewiczym śniegu w eksponowanym żlebie, którego widzieli w filmie, na zdjęciu czy w czasopiśmie.
Dowodów na taki stan rzeczy nie trzeba szukać daleko. Wystarczy przyjrzeć się temu, co dzieje się w całorocznych ośrodkach narciarskich w Europie (USA tym razem pomijamy, ponieważ od nich naprawdę wyszło to, co mamy teraz). W Szwecji, Norwegii, Finlandii czy Francji szkoły narciarskie, wychowujące najmłodszych zawodników, świecą pustkami… Większość dzieciaków przeniosło się do snowparków, zamiast nart gigantowych mają na nogach twin tipy (Twin tipy – slang. Określenie nart freeride i freestyle, posiadających podwinięte piętki (tak samo jak noski), w których można jeździć i skakać przodem i tyłem), a zamiast obcisłych zawodniczych kombinezonów noszą luźne ubrania, które nie tak dawno były kojarzone wyłącznie ze snowboardem. Podobnie zaczyna to wyglądać również w Polsce.
Oczywiście biorąc pod uwagę statystyki sprzedaży nart w sklepach, stosunkowy procent nart klasycznych (SL, GS, allround, top allround) jest miażdżąco duży w porównaniu do sprzętu, na którym skoncentrujemy się w niniejszym artykule. Jednak nie da się również pominąć faktu, że od roku 2000 do 2007/08 sprzedaż samych nart freestyle i freeride zwiększyła się o… 500 proc. (mamy tu oczywiście na myśli globalne statystyki). Wydaje się więc, że tendencja jest oczywista…